mój blog osobisty

 

&

 

sedno sprawy

 

&

 

Tylko to, co najważniejsze

na każdy temat

15 grudnia 2017

 

Mateusz Morawiecki, dobry premier dla sierot POPIS-u…?

 

Mam przed oczami taki obrazek, gdy w dniu Święta Niepodległości w Belwederze stali tuż obok siebie i prezydenta Bogdan Borusewicz i Kornel Morawiecki. Było to dwa lata temu, po wyborach parlamentarnych w 2015 roku. Prezydent Andrzej Duda wręczał odznaczenia państwowe. Kornel Morawiecki, jako najstarszy spośród posłów pełnił wówczas honorową funkcję Marszałka Sejmu Seniora, natomiast Bogdan Borusewicz wciąż był jeszcze Marszałkiem Senatu. Na czele rządu stała Ewa Kopacz, a parlament nie wybrał jeszcze nowych władz. Obydwaj panowie wystąpili w ten sposób, chyba tylko ten jeden raz.

 

Obie postaci to legendarni niemal bohaterowie Solidarności. Nie tacy, jakich było wielu wśród nas, tzn. roznoszący gdzieś tam ulotki, kolportujący prasę podziemną, uczestniczący w demonstracjach, mszach za wolność ojczyzny, czy organizujący przerwy milczenia w swoich szkołach, a potem strajki na uczelniach. Nie ponosiliśmy aż tak wielkiego ryzyka, bo w drugiej połowie lat osiemdziesiątych reżym komunistyczny słabł wyraźnie na naszych oczach. Inaczej niż oni, którzy ryzykowali przez całe życie, w tym również swoje życie.

 

Bogdan Borusewicz był bohaterem mojej młodości. Kornel Morawiecki tworzył autentyczny ruch walki i oporu. Patrząc na nich stojących obok siebie w Belwederze myślałem, że gdybym trzydzieści lat temu powiedział komuś, że oto tych dwóch panów, oskarżanych przez juntę Jaruzelskiego w latach 80-tych o wszystko co najgorsze, kiedyś w przyszłości - jako Marszałek Sejmu i Marszałek Senatu - uczestniczyć będą w Belwederze, w dniu nieuznawanego przez komunistów Święta Niepodległości 11 Listopada, nikt by mi w to nie uwierzył. Ja sam bym w to nie uwierzył. Uznałbym, że to mrzonki wariata lub marzyciela. A jednak taki właśnie scenariusz napisało nam życie.

 

Tymczasem stali oni w Belwederze, wprawdzie tuż obok siebie, ale wyraźnie było im źle w tym towarzystwie. Zwłaszcza Borusewicz manifestował całą swoją postawą i wyrazem twarzy wielki dyskomfort i sprawiał wrażenie, że gdyby mógł, to zaraz by wyszedł. Platforma Obywatelska dopiero co przegrała wybory i najwyraźniej wciąż jeszcze nie mógł się z tym pogodzić. Przepaść pomiędzy dawnymi wspólnikami w walce z komunizmem, a często i przyjaciółmi z podziemia, która powstała w ciągu 25 lat naszej niepodległości, w tych powyborczych dniach znowu znacząco się pogłębiła.

 

Wielu wyborców, zwłaszcza tych, którzy angażowali się w walkę z komuną, nigdy nie mogło i nie chciało zaakceptować sporu pomiędzy POPiS-em. Byli raczej zwolennikami państwa polskiego, oczywistej koalicji POPiS-u, która w swoich programach wyborczych z 2005 roku, wzajemnie się uzupełniała. PO miało dobry program zmian gospodarczych, PiS chciało walki z korupcją oraz silnego i sprawnego państwa. W Gdyni, w moim okręgu wyborczym jedynką z list PiS-u był zwykle Jarosław Sellin, a jedynką z PO był Marek Biernacki. Obydwaj konserwatywni i pracowici. I patrioci. Było i jest oczywistym, że tacy ludzie powinni razem, a nie przeciw sobie, pracować dla kraju.

 

Obserwując trwający w Polsce spór polityczny i konflikt, który po katastrofie smoleńskiej nabrał zdecydowanie nowego, głębszego wymiaru, przychodzą na myśl doświadczenia polskiej polityki okresu międzywojennego. Tam również od samego początku istniał silny spór między endecją i sanacją. Oba nurty miały ten sam cel – silną i niepodległą Polskę, lecz poza tym różniło je wszystko. Podobnie jak dziś, z biegiem lat niechęć i walka pomiędzy dwoma ugrupowaniami stawała się coraz bardziej zaciekła. I tak jak katastrofa smoleńska stała się cezurą, po przejściu której nic już nie było takie jak wcześniej, tak też zamach majowy spowodował, że ostatnie istniejące kanały komunikacji pomiędzy obozami zostały zamknięte.

 

Józef Piłsudski do lat 30-tych wyeliminował z czynnej polityki już wszystkich swoich politycznych przeciwników. Szanse na stanowiska i na pracę dla kraju mieli tylko ci, którzy podzielali jego poglądy, bądź pochodzili z obozu sanacji. Inni, choć mądrzy i pracowici, niezwykle potrzebni dla kraju, znaleźli się poza nawiasem. I również dlatego, gdy po klęsce wrześniowej doszli we Francji do władzy, brutalnie rozprawili się ze swymi poprzednikami.  

 

Znane są dość powszechnie represje stosowane przez piłsudczyków wobec endecji, PSL-u, prześladowania w Berezie Kartuskiej, losy Wincentego Witosa i pozostałych osób uznanych przez sanację za wrogów politycznych. Znacznie mniej znane, choć nie mniej brutalne, były czystki przeprowadzone przez Sikorskiego zaraz po klęsce wrześniowej, najpierw we Francji, a potem w Wielkiej Brytanii. Przez obóz Cerizay we Francji, nie przypadkiem nazywany Serezą-Berezą, oraz obóz na wyspie Bute w zachodniej Szkocji, przewinęło się łącznie prawie dwa tysiące żołnierzy, oficerów, a nawet generałów, zsyłanych tam i skazywanych na bezczynność jedynie za nieprawomyślne poglądy polityczne.

 

Czy spór mamy w genach i jako Polacy rzeczywiście nie potrafimy ze sobą pracować? Czy zamiast brać z obu stron to co najlepsze i umacniać państwo, które nie jest nam dane na zawsze, musimy ulegać genom destrukcji? Być może dla osób będących zwolennikami nigdy niedoszłej do skutku koalicji POPiS-u, nominacja Mateusza Morawieckiego na premiera, mogłaby być światełkiem w tunelu, iskierką nadziei, że porozumienie między zwalczającymi się wzajemnie obozami mogłoby być możliwe? Albo przynajmniej obniżenie temperatury sporu i większe akcentowanie tego co łączy, zamiast tego co dzieli.

 

Mogłoby być to możliwe, gdyby współczesny Dmowski/Piłsudski naszych czasów, czyli Jarosław Kaczyński, zrobił jeszcze kilka kroków do tyłu. Nominacją Morawieckiego już udowodnił, że potrafi zaskoczyć swoich wyborców. Podobnie jak ponad 10 lat temu zaskoczył wszystkich, kiedy po fiasku rozmów koalicyjnych z PO, wziął do rządu śp. Zytę Gilowską, będącą wówczas jedną z ważniejszych twarzy PO. I gdyby teraz premier Morawiecki postawił swoistą „kropkę nad i” i wziął do rządu na przykład Jana Marię Rokitę i Ludwika Dorna, to choć brzmi to jak political fictions, stałby się bardzo bliski niejednej POPiS-owej sierocie.

Roman Wilkoszewski

1 grudnia 2017

 

Kilka słów o kredytach frankowych

 

Bieżące notowania franka szwajcarskiego w ostatnich tygodniach z ostrożną nadzieją obserwują posiadacze kredytów mieszkaniowych denominowanych i indeksowanych do franka. W komentarzach ekspertów są informacje i wyliczenia o ile mniejsza jest dziś rata kredytu w stosunku do tej sprzed roku, dwóch lat, czy też sprzed lat dziesięciu. Porównywane są bieżące raty kredytów zaciągniętych w złotówkach, wysokość oprocentowania kredytów frankowych i złotówkowych, itp. Wielu publicystów spiera się wciąż o to, czy należy pomagać kredytobiorcom frankowym, czy też wszystkim kredytobiorcom, którzy z różnych powodów znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, a także czy rzeczywiście potrzebna jest ustawa frankowa zapowiedziana w kampanii wyborczej przez Prezydenta Andrzeja Dudę.

 

Tymczasem sedno sprawy tkwi zupełnie gdzie indziej. Tkwi ono w braku proporcjonalnego podziału ryzyka i odpowiedzialności pomiędzy tymi, którzy udzielają kredytów, czyli bankami oraz tymi, którzy na ten kredyt się decydują.  W normalnych warunkach zabezpieczeniem kredytu hipotecznego jest mieszkanie lub dom. Wysokość kredytu, czyli wartość udzielonej przez bank pożyczki nie może przekraczać wartości mieszkania lub domu. W normalnych warunkach, jeśli jakiś kredytobiorca popadł w kłopoty i nie może spłacać kredytu, bank może przejąć jego mieszkanie. I to jest koniec. Bank przejmuje mieszkanie, kredytobiorca traci swój dom, ale nic więcej nie jest winien bankowi.

 

Bank przed podjęciem decyzji o udzieleniu kredytu sprawdza dokładnie zdolność kredytową swojego klienta i szacuje wartość mieszkania będącego zastawem hipotecznym. Bank ponosi ryzyko, bo jeśli kredytobiorca okaże się „złym klientem” i nagle przestanie spłacać raty kredytu, to bank stanie się właścicielem jego mieszkania. Kredytobiorca też ponosi ryzyko, bo jak przestanie spłacać raty kredytu, to bank odbierze mu jego mieszkanie. Tak jest normalnie i tak jest uczciwie, ale tak nie jest niestety w Polsce. I jest spora grupa kredytobiorców, którzy biorąc swój kredyt, nie mieli tej świadomości.

 

Wychowani na amerykańskich filmach, a przez to jakby niechcący przyzwyczajeni do amerykańskich standardów, biorąc swój pierwszy, a najczęściej jedyny w życiu kredyt hipoteczny, nie mieli pojęcia, że może być inaczej. Tymczasem w Polsce bank nie ponosi żadnego ryzyka, bo może przejąć mieszkanie, sprzedać je nie dbając nawet specjalnie o cenę, a pozostałą różnicę i tak musi mu spłacić kredytobiorca. I to właśnie jest nienormalne i nieuczciwe. I dotyczy nie tylko kredytów frankowych, lecz wszystkich kredytów hipotecznych, również tych wziętych w złotówkach. Jednak ze względu na ruchomy kurs franka i fakt, że wysokość zadłużenia kredytobiorcy we franku może nagle wzrosnąć  nawet dwukrotnie, problem wartości zabezpieczenia hipotecznego najczęściej dotyczy kredytów we frankach. Bo gdy kurs wzrośnie z dwóch do czterech złotych za franka, to bankowi zamiast 300 tys. trzeba już oddać 600 tys. złotych, a wartość mieszkania się specjalnie nie zmienia.

 

Nieuczciwość i nadużywanie dominującej pozycji w relacji pomiędzy bankiem a kredytobiorcą polega właśnie na tym, że bank nie ryzykuje w ogóle, a ryzykują tylko jego klienci. W razie kłopotów bank odbierze mieszkanie, sprzeda je, następnie będzie ściągał dług z pozostałego majątku kredytobiorcy, z jego oszczędności, rodziny i spadkobierców. Dlatego banki i opłacani przez banki lobbyści dbają o to, aby dyskusja o problemach kredytobiorców dotyczyła wszystkiego, tylko nie istoty tej sprawy. Za wszelką cenę nie chcą dopuścić do takich zmian w prawie, które wyrównywałyby szanse między kredytobiorcą i bankiem.

Roman Wilkoszewski

6 grudnia 2017

 

Dlaczego reprywatyzacja w Polsce nikomu się nie opłaca?

 

Komisja Weryfikacyjna ds. Reprywatyzacji pod kierownictwem Patryka Jakiego daje szanse na sprawiedliwość i zadośćuczynienie lekceważonym przez lata i niedostrzeganym przez urzędników lokatorom warszawskich kamienic. Zarówno kwestia reprywatyzacji, jak również krzywda najemców mieszkań komunalnych, były przez lata ignorowane przez urzędników miejskich i zdecydowaną większość przedstawicieli instytucji państwowych. Teraz w końcu Komisja Weryfikacyjna obnaża skandaliczną słabość państwa, urzędniczą niemoc i niechęć urzędników oraz prawników do rozwiązywania problemów zwykłych ludzi.

 

Przysłuchując się opowieściom mieszkańców kamienic, komuś kto nie zetknął się nigdy z bezwzględnymi i cynicznymi metodami urzędniczej mafii reprywatyzacyjnej, trudno uwierzyć, że to wszystko działo się teraz, na naszych oczach, tuż obok nas, w budynkach i kamienicach, które mijamy idąc codziennie do pracy, bądź spacerując po warszawskich dzielnicach. Jednak istota i sedno problemu reprywatyzacji tkwi zupełnie gdzie indziej. Mafia wspierana przez przekupnych urzędników, prawników i sędziów, nie mogłaby przez tyle lat odnosić tak spektakularnych sukcesów, gdyby nie bierność państwa, które przez tyle lat nie chciało rozwiązać problemu zwrotu własności zagrabionej przez komunistów.

 

Nie tylko nie uchwalono ustawy reprywatyzacyjnej, ale często skarb państwa wręcz wzbogacał się sprzedając bezprawnie zagranicznym inwestorom fabryki i firmy, o których zwrot ich spadkobiercy walczyli przed sądem. Tak było w przypadku głośnej sprzedaży fabryki Wedla w Warszawie, gdzie interesy spadkobierców zostały całkowicie zlekceważone przez państwo, a nowy właściciel używał nazwy zakładów, będącej jednocześnie nazwiskiem przedwojennego właściciela firmy, nie pytając nawet spadkobierców o zgodę.

 

Skąd się bierze tak zadziwiająca bierność państwa w kwestii reprywatyzacji? Dlaczego z wyjątkiem rządu AWS premiera Jerzego Buzka, żaden inny, ani lewicowy, ani - co tym bardziej zaskakujące -  żaden prawicowy i konserwatywny rząd nie próbował nawet zmierzyć się z tym problemem? Żaden nie okazał się też wystarczająco dojrzały, aby zgodnie z polską racją stanu dokonać zwrotu choćby części zagrabionej własności?

 

Rządzącym tym łatwiej było unikać tematu reprywatyzacji, bo żadna z dominujących grup społecznych w Polsce, tj. wyborców mających wpływ na wyniki wyborów parlamentarnych, nie była zainteresowana reprywatyzacją i zwrotem majątku. Wyjątek stanowił kościół katolicki, który dość szybko i skutecznie zadbał o swój interes zmuszając rządzących do utworzenia wspólnej komisji do spraw zwrotu majątku kościelnego, a także żydowskie gminy wyznaniowe, które wspólnie z rządem powołały komisję regulacyjną decydującą o zwrocie majątku należącego przed wojną do gmin żydowskich. Oprócz tych dwóch wyjątków rząd i parlament nie przyjął żadnej ustawy, ani żadnego innego aktu prawnego, który uregulowałby zwrot majątku prywatnego Polakom oraz byłym obywatelom polskim i ich spadkobiercom mieszkającym współcześnie w kraju, bądź za granicą.

 

Tam gdzie nie działa prawo, tam wkracza bezprawie. Ale jeśli większość społeczeństwa nie wywiera presji na rządzących, to rząd nie będzie przecież z własnej inicjatywy podejmował się tego trudnego i kosztownego zadania. Zmiany społeczne po drugiej wojnie światowej doprowadziły do tego, że osób zainteresowanych reprywatyzacją jest dziś w kraju bardzo niewiele. Duża część właścicieli i ich potomków wyemigrowała na Zachód, inni zginęli, w tym również liczna mniejszość żydowska. Pozostały majątek, domy, sklepy, gospodarstwa rolne i ziemia, został zajęty po wojnie przez nowych mieszkańców, często tych wysiedlonych z terenów przejętych przez Sowietów, którym również zrabowano majątki i kazano wyjeżdżać na zachód. To wszystko sprawia, że żadna partia nie miała interesu w tym, aby kwestie zwrotu własności wpisywać do swoich programów wyborczych.

 

Szacunek dla prawa, a także tradycja respektowania i poszanowania przepisów, kształtują się przez lata, podobnie jak przywiązanie do cywilizacji i kultury zachodnioeuropejskiej. W podręczniku historii do klasy siódmej szkoły podstawowej, w rozdziale o walce z germanizacją, jest taki akapit: Najbardziej skutecznym sposobem walki z germanizacją okazała się praca organiczna. Prusy, a później cesarstwo niemieckie były państwami praworządnymi, to znaczy niemieccy sędziowie i urzędnicy trzymali się ściśle przepisów prawa. Odróżniało ich to od niekompetentnych, przekupnych i podejmujących samowolne decyzje urzędników carskich w zaborze rosyjskim. Nic dodać, nic ująć. Lata zaborów i pozostawania do wpływem różnych kultur, zachodu i wschodu, do dziś dają znać o sobie w postawach wielu Polaków

 

Obok rozliczenia i ukarania osób tworzących mafię reprywatyzacyjną i współpracujących z tą mafią urzędników, prawników i sędziów rządzących czeka znacznie trudniejsze zadanie. Konieczne jest całościowe rozwiązanie problemu reprywatyzacji. Stworzenie ram prawnych, dzięki którym właściciele i ich potomkowie będą mogli otrzymać w naturze lub w formie odszkodowania choćby ułamek utraconej wartości. Bo przecież pracujemy i bogacimy się nie tylko dla nas, lecz także dla naszych przyszłych pokoleń. A kraj może być silny i bogaty, jedynie siłą i bogactwem swoich obywateli.

 

Do mojej rodziny należała kiedyś działka przy ul. Krochmalnej (dziś: Kotlarskiej) w Warszawie, na której do zakończenia wojny stała skromna kamienica czynszowa, przynosząca raczej niewielki dochód moim pradziadkom. Na kilka pism w sprawie zwrotu tej nieruchomości kierowanych do stołecznego ratusza od początku lat dziewięćdziesiątych, jeśli już w końcu przychodziła jakaś odpowiedź, to zawsze, że zwrot działki na gruncie obowiązującego prawa nie jest możliwy. W tym samym czasie zamiast urzędników miejskich kontaktowali się z nami jedynie dość dziwni i podejrzani osobnicy, posiadający pełną wiedzę na temat naszej rodziny i grona naszych współspadkobierców. Przekonywali, że miasto działki nie zwróci i chcieli odkupić od nas roszczenia i prawa do nieruchomości.  I tak zamiast ustawy regulującej zwrot własności, przez wszystkie lata od upadku komuny, mogliśmy mieć do czynienia jedynie z przedstawicielami mafii reprywatyzacyjnej. A dodatkowy efekt jest taki, że dziś, niemal 30 lat po odzyskaniu niepodległości, między nowymi wieżowcami ze szkła i aluminium na rogu Kotlarskiej i Towarowej w Warszawie, wciąż straszy jakaś koszmarna ruina, hurtowania i parking, położone na działce, która nie wiadomo już do kogo właściwie należy. I takich miejsc jest tysiące, nie tylko w Warszawie.

Roman Wilkoszewski

2 stycznia 2018

 

Słodko-gorzka Historia Pewnego Radia

 

Koniec roku skłania do podsumowań i oceny zaplanowanych i zrealizowanych, (bądź nie) zadań na dany rok. W roku, który właśnie się skończył było kilka bliskich mi rocznic, a jedna z nich szczególnie istotna. Dwadzieścia pięć lat temu, w 1992 roku tworzyły się i krystalizowały zręby nowej Polski, III Rzeczypospolitej, dziś źle ocenianej w narracji dominującej w mediach publicznych, ale bez wątpienia mającej swoje olbrzymie sukcesy i tworzonej ze szczerej potrzeby i chęci budowy nowego państwa, niepodległego od Sowietów i wolnego od śmieszno-strasznej, groteskowej spuścizny PRL-u.  

 

W niektórych z tych przedsięwzięć dane mi było współuczestniczyć, bądź przyglądać im się z bliska. I dlatego chcąc przypomnieć i zachować klimat i nastrój tamtych czasów, czasów młodej, niedoskonałej demokracji, a także uczenia się obywatelskości i tworzenia nowych projektów, zdecydowałem aby w 2017 roku spisać wspomnienia osób uczestniczących w tworzeniu najbliższego mi projektu medialnego – Radia PLUS.

 

Katolicka rozgłośnia Radia PLUS w Gdańsku, uruchomiona 5 września 1992 roku, była radiem łączącym w sobie misyjny, ewangelizacyjny, katolicki charakter i całkowicie komercyjny program. Radio tworzyła grupa młodych, pełnych energii i zapału osób, dla których powstająca rozgłośnia była często pierwszym, bądź jednym z pierwszych miejsc pracy. Byli pełni wiary w sukces, otwarci na świat i wszystko co nowe, gotowi aktywnie wpisać się w dynamiczny proces zmian społecznych i politycznych dokonujących się wówczas w naszym kraju.

 

Sukces przyszedł bardzo szybko. Już po kilku miesiącach od uruchomienia stacji, radio stało się znane i popularne w całym Trójmieście, a wkrótce na całym Pomorzu. Dynamiczne, krótkie serwisy informacyjne, charakterystyczne, nowatorskie jingle, nowe pomysły marketingowe i niespotykane wcześniej akcje plenerowe kierowane do mieszkańców Trójmiasta, jeszcze bardziej pogłębiły i ugruntowały tę popularność.

 

Katolicki i misyjny charakter radia, właściwie niezauważalny dla szerokiego grona słuchaczy, był jednak przedmiotem krytyki sporej grupy osób duchownych i świeckich, którzy narzekali nieraz na zbyt małą – ich zdaniem – zawartość treści katolickich w programie radia. Tę krytykę tłumiło stanowisko metropolity gdańskiego, arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego, darzącego zaufaniem twórców i pomysłodawców radia, a jednocześnie akceptującego i popierającego komercyjny i otwarty charakter rozgłośni.

 

Entuzjazm i wiara w możliwość dokonania wielkich zmian w kraju, poczucie misji oraz znaczenia i wagi zawodu dziennikarza, które cechowało pracowników radia, było z pewnością zjawiskiem niezwykłym i bardzo pozytywnym. Przez kilka lat radio rozwijało się, wzbogacało swój program i poszerzało grono słuchaczy. Były też oczywiście problemy, trudne momenty, spory pomiędzy pracownikami, ale dominowało poczucie wspólnego współuczestnictwa w bezprecedensowym projekcie, który szybko stał się wzorem dla wielu, nie tylko diecezjalnych i katolickich, rozgłośni radiowych w całym kraju.

 

Ostatecznie, niestety Radio PLUS - wbrew nadziejom twórców i pracowników oraz możliwościom technicznym, intelektualnym i finansowym stacji  - nie stało się silnym i ważnym graczem na rynku ogólnopolskim rozgłośni radiowych. Po pięciu latach intensywnego rozwoju w Trójmieście, przygotowaniu i wdrożeniu autorskiej koncepcji ogólnopolskiej sieci rozgłośni katolickich, przekonaniu do tej koncepcji większości biskupów i dyrektorów stacji diecezjalnych, aż w końcu po uruchomieniu tego projektu, dziś znaczenie i rola Radia PLUS na rynku mediów komercyjnych i katolickich dalekie są od tej, którą miało ono w połowie lat dziewięćdziesiątych.

 

Dlaczego tak się stało? Czemu nie udało się przenieść lokalnego sukcesu radia na poziom ogólnopolski? Gdzie zostały popełnione błędy? I w końcu - czy ostateczny kierunek rozwoju mediów katolickich w Polsce oraz ich dzisiejszy kształt, jest na pewno optymalny z punktu widzenia potrzeb i oczekiwań twórców oraz słuchaczy ówczesnego Radia PLUS?

 

O tym jest właśnie historia, którą zgodnie z planem spisałem i opracowałem w 2017 roku. Jest to słodko-gorzka opowieść o początkach Radia PLUS oraz nadziejach i obawach twórców i pracowników Radia. Moimi rozmówcami byli m. in. Tomasz Arabski i Piotr Semka. Dziś są oni na dwóch przeciwnych biegunach sporu politycznego, ale wówczas wspólnie, razem z innymi uczestniczyli w powstawaniu Radia i obaj byli początkującymi dziennikarzami tej stacji. Moja opowieść dedykowana jest właśnie twórcom, pracownikom, przyjaciołom i słuchaczom naszego gdańskiego Radia PLUS.

 

Książka nie jest jeszcze wydana. Wydawcy, do których zwróciłem się z propozycją, chyba nie wróżą jej sukcesu finansowego, bo jak do tej pory nie udało mi się z nikim zawrzeć umowy. Jednak moim zdaniem najważniejsze jest to, że wspomnienia osób tworzących radio zostały spisane i opracowane. Z pewnością stanowią one bardzo ciekawy dokument i dobre świadectwo klimatu tamtych czasów. A także istotny wycinek historii mediów katolickich w Polsce. Kwestia wydania tej opowieści, jest już tylko kwestią finansowo-techniczną i zapewne prędzej czy później, zostanie też zrealizowana. 

Roman Wilkoszewski

29 stycznia 2018

 

 

To się nie wszystkim spodoba, ale cóż… zepsuliście ustawę Panowie, odwracacie kota ogonem i nie chcecie się przyznać

 

 

Trwająca kolejny dzień wrzawa wokół „polskich obozów śmierci”, wywołana przyjęciem przez Sejm projektu ustawy o karaniu grzywną i więzieniem osób pomawiających Polaków o udział w Holokauście, dowodzi kilku bardzo smutnych i zawstydzających faktów o naszym kraju i naszych rodakach:

 

po pierwsze – mamy kolejny, niezwykle bolesny dowód na to, jak złe są opinie o Polsce i jak silne jest przekonanie o naszym antysemityźmie, 

 

po drugie – mamy kolejny dowód na to, jak przez tyle lat nie umieliśmy i nie umiemy zmienić funkcjonujących na świecie stereotypów o Polsce i o Polakach; wciąż o tym mówimy, a nic się nie zmienia,

 

a po trzecie - gdy w końcu już próbujemy coś zmienić, to zamiast skutecznego działania mamy popis nieporadności, wzburzenia i oburzenia. Oto szlachetna w założeniu ustawa, mająca położyć tamę i kres oczernianiu Polski, staje się maczugą do bicia Polaków, zmienia się w ogromną klapę wizerunkową, niemal na skalę ogólnoświatową…

 

Co gorsza, poziom dyskusji, który towarzyszy tym wydarzeniom jest tak przejmująco mizerny, a dyskutantom tak brakuje refleksji i dystansu do omawianych problemów, że przykro i smutno jest patrzeć i słuchać.

 

Ponadto, większość pełnych emocji wypowiedzi polityków, publicystów i dziennikarzy koncentruje się nie na istocie sprawy, lecz obwinia wszystkich i wszystko, tylko nie własną nieudolność i nieporadność.

 

Nie bardzo wypada, lecz cisną się słowa na usta: zepsuliście ustawę Panowie, odwracacie kota ogonem i nie chcecie się przyznać.  

 

Zobaczmy zatem:

1) co jest zapisane w ustawie,

2) co mówią Polacy i

3) co mówi Izrael:

 

Ad. 1.

Ustawa - "Art. 55a. 1. Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie (…),  lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny

sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3".

 

Ad. 2.

Polacy - Nie było polskich obozów śmierci, bo przecież nie było Państwa Polskiego. Nie wolno zabraniać nam bronić polskiego honoru i dobrego imienia!

 

Ad. 3.

Izrael – Ale tu nie chodzi o Państwo. Tu chodzi o Naród. Z waszej ustawy wynika, że karani będą również ci, którzy mówią o Polakach wspierających holokaust. A tych przecież było - nie tak znowu - niewielu.

 

No właśnie, jedna storna mówi to, a druga pomidor, tamta znowu to, a ta znów pomidor. I jeszcze żal i pretensje, że przecież od dawna wiedzieli, że pracujemy nad tą ustawą. Mieli czas i nie reagowali, to o co im teraz chodzi?

 

No cóż, właśnie reagują. Przecież ustawa nie jest jeszcze uchwalona. Reagują, gdy mogą jeszcze ją zmienić.

 

No, to my na to – nie będziemy ulegać presji, nie ugniemy się, nie będą nam mówić, jak mamy stanowić prawo, które w końcu nas tylko dotyczy. Nas tylko ?

 

Jeszcze raz po kolei.

 

Nie słyszę ze strony Izraela, Światowego Kongresu Żydów, Niemców, czy kogokolwiek, że oburza ich fakt obrony Polski i Polaków przed sformułowaniami „polskie obozy śmierci”.

 

Nie słyszę, że ktoś chce zabronić nam karać innych za mówienie o polskich obozach śmierci. Słyszę, że to nie to, nie podoba im się w ustawie. Nie o to chodzi, Panie i Panowie.

 

Nikt  rozsądny, podkreślam rozsądny, na Zachodzie, czy w Izraelu nie mówi, że Państwo Polskie wspierało holocaust. Bo Państwa Polskiego nie było. Był niemiecki najeźdźca, a na terenach II Rzeczypospolitej była III Rzesza, Generalne Gubernatorstwo i Rosja Sowiecka.

 

Izrael protestuje nie przeciw zapisom, że będziemy karać tych, którzy mówią, że Państwo Polskie wspierało holocaust. Izrael protestuje przeciw zapisom, że będziemy karać tych, którzy mówią, że Naród Polski wspierał holocaust. A to już jest przecież zupełnie inna, delikatna i nie tak oczywista sprawa.

 

Czy tylko udajemy, czy rzeczywiście tak wiele osób nie widzi różnicy między stwierdzeniem:

 

  1. Polskie Państwo nie kolaborowało z Niemcami i nie wspierało holocaustu

  2. Polski Naród nie kolaborował z Niemcami i nie wspierał holocaustu

 

Pierwsze zdanie jest oczywiście prawdziwe. Drugie zdanie…,  niestety już nie. Bo byli ludzie narodowości polskiej, którzy byli szmalcownikami, dorabiali się na krzywdzie żydowskiej, korzystali z okazji, którą im podsuwali Niemcy, przejmowali majątek żydowski, odwracali głowę ze strachu, lub z ulgą, że to nie ich dotyczy, że Niemcy wyżywają się teraz na Żydach, a ich jeszcze, chwilowo, zostawiają w spokoju.

 

Byli też inni ludzie narodowości polskiej, którzy ryzykowali życie ratując żydowskie dzieci i żydowskie rodziny, Sprawiedliwi wśród Narodów Świata, ryzykowali życie swoich bliskich, aby ratować żydowskich sąsiadów, bojąc się Niemców, że zabiją ich za ukrywanie Żydów i bojąc się polskich sąsiadów, że doniosą Niemcom, czy to z zawiści, czy z nienawiści, czy też z chęci otrzymania nagrody za wskazanie ukrywających się Żydów. I właśnie za to ginęli, bardzo często ginęli.

 

Byli i są - Polacy szlachetni i mądrzy. Byli i są - Polacy nikczemni i podli. Mówmy jasno i wyraźnie, czego się domagamy i słuchajmy co do nas mówią.

 

Roman Wilkoszewski

Created with WebWave CMS