Ambitne

Jacek Rusiecki

 

Na początku pieniędzy mieliśmy tylko na jakieś dwa miesiące, na przeżycie. Każdego dnia siwiałem z obawy, czy zarobimy w tym czasie jakieś pieniądze. Bardzo się staraliśmy, aby ludzie nie zorientowali się, że momentami wisimy na cienkim włosku. Mieliśmy jedynie namiastkę działu sprzedaży reklam. Trzeba to było dopiero zbudować. Przez jakiś czas odpowiedzialny za te sprawy był Jarek Klik, tyle tylko, że Jarek miał bez wątpienia swoje wielkie atuty, był wielkim entuzjastą, który umiał zagrzewać i przekonywać innych do różnych rzeczy, ale jeżeli chodzi o organizację, to z tym było już dużo gorzej. Ściągnęliśmy Tomka Tarnowskiego aby zbudował dział sprzedaży reklam i marketingu. Tomek miał już za sobą jakieś doświadczenia i zrobił to dobrze.

 

Powołaliśmy wtedy do życia Agencję FM, jako zewnętrzne ciało. Udało się na szczęście dosyć szybko uruchomić sprzedaż i była ona naprawdę coraz bardziej imponująca. Z tym, że na początku była to sprzedaż lokalna, co nas o tyle martwiło, że pieniądze wprawdzie przychodziły, ale nie były duże. Żeby otrzymać tysiąc złotych, czy dwa tysiące od jakiegoś sklepu, jakiś usług, jakiś dealera samochodowego, to były dziesiątki zabiegów, wizyt, rozmów, itp. Omijały nas jeszcze te kontrakty, które już zaczęły się pojawiać np. w Radiu Zet i w RMF, sprzedawane za pomocą nowych instytucji jakie pojawiły się wtedy na polskim rynku, czyli domów mediowych i agencji reklamowych. Pracowaliśmy nad tym i jest wielką zasługą Tomka, który miał już wcześniej kontakty z tymi agencjami, że po jakimś czasie zaczęły się pojawiać również u nas te duże kampanie reklamowe, zlecane przez domy mediowe i agencje reklamowe. Odnieśliśmy niesamowity sukces, to było kompletne szaleństwo, bo zbudowaliśmy radio właściwie z niczego, uruchomiliśmy je i osiągnęło ono olbrzymi sukces komercyjny. Praktycznie rzecz biorąc po miesiącu, we wszystkich możliwych miejscach, wszyscy słuchali tylko i wyłącznie Radia Plus. Reszta rozgłośni przeżywała wtedy absolutną klęskę. Radio Gdańsk i Radio ARNET nagle stały się niemal zupełnie niszowe.

 

Jacek Tarnowski

 

Firmą, która robiła dla nas badania słuchalności, to była lokalna, bardzo solidna pracownia badań społecznych Fast, której właścicielem był Daniel Zydek. Nie było nas wtedy stać na prowadzenie  badań przez światowej klasy agencje. Początkowo Fast zrobił je na grupie 500 osób, co i tak było dla nas bardzo drogie. Pamiętam pierwsze wyniki słuchalności, które nas zadziwiły, bo w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy ze skali popularności. Wiedzieliśmy, że radio jest słuchane, bo jak się wchodziło do sklepu, jechało taksówką to słyszało się Radio Plus, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że aż w takiej skali. Potem były pierwsze sukcesy związane konkursami reklam…

 

Adam Hlebowicz

 

Byliśmy obecni na targach MIDEM w Cannes, uczestniczyliśmy jako reporterzy Radia Plus w wizycie papieża w krajach bałtyckich, w Czechach, na Słowacji, w Chorwacji, rzucaliśmy się z motyką na słońce. Lokalne radio, owszem katolickie, wysyła swoich reporterów, opłaca delegację, hotele, itp. na wszystkich ważnych ówcześnie wydarzeniach krajowych i zagranicznych. Jeździliśmy z wszystkimi akredytowanymi dziennikarzami. Wtedy zresztą poznawało się bogaty ówczesny świat dziennikarski, ludzi z Rzymu, Marka Lehnerta, Grzegorza Gałązkę, reporterkę Trójki Beatę Michniewicz, dziennikarzy ZET-ki, RMF-u… itd.

 

Piotr Semka

 

Byłem w Sarajewie, relacjonowałem wybory w Moskwie w 1993 roku. Jacek Rusiecki rozumiał wtedy, że to jest żywe radio i należy inwestować w tego typu relacje reporterskie.

 

Krzysztof Niedałtowski

 

Bywały czasem ostre dyskusje, ale jednak zawsze gdzieś się tam porozumiewaliśmy. Były też różne historie, bo były różne osobowości i z niektórymi trudniej się współpracowało, ale też rozumiałem, że moja rola nie jest tam kluczowa. Nie miałem wypracowywać programu, choć na początku taka myśl się pojawiła, że powinienem być trzecim dyrektorem, mieć swoje biurko i nawet próbowano to przez jakiś czas forsować. Ale potem stwierdziłem, że to nie tak, że asystent kościelny ma być takim dobrym duchem tego radia. Ma słuchać, ale też może nadawać ton. Może podpowiadać jakieś tematy, kierunki, ewentualnie interweniować, gdy pojawi się jakieś przegięcie, czy też zbyt ostra muzyka albo treści, które nie są zgodne z programem radia. I to udało się nam wypracować. Kolegia trwały czasami nawet po parę godzin, ale zazwyczaj rozchodziliśmy się pełni porozumienia, a nieraz jeszcze szliśmy sobie potem w wąskim już gronie, pogadać z obydwoma Jackami, wyznaczając kierunki na przyszłe tygodnie, czy też jakieś tematy na kolejne kolegium. Te kolegia pełniły ważną rolę, bo były też lekcją demokracji. Lekcją tego, że wszyscy się uczymy, że to powstaje w dyskusji, w ścieraniu się poglądów, że są problemy do rozwiązania, więc się z nimi mierzymy. To była dobra i ciekawa szkoła.

 

Adam Hlebowicz

 

Chcieliśmy omawiać najważniejsze rzeczy jakie działy się w Polsce, zresztą nie tylko w Polsce. Stać nas było na to, aby opłacać akredytacje, wysyłać dziennikarzy w delegacje, tam gdzie uznaliśmy, że warto lub trzeba jechać. I ten dziennikarski świat też nas poznawał: o ! PLUS z Gdańska wysyła swoich ludzi. To było niesamowite. Często od tych ludzi z branży słyszeliśmy pochwalne słowa: katolicy z pomysłem na współczesne media! Były też wizyty Piotra Semki w Bukareszcie, gdzie wcześniej krwawo kończył Ceaucescu i w Belgradzie, zaraz na początku wojny jugosłowiańskiej. Normalnie, jak każda duża redakcja, wysyłaliśmy naszych korespondentów w te miejsca, gdzie działo się coś ważnego. Nie mówiąc już o tym, że mieliśmy też stałych korespondentów zagranicznych, Magdalenę Kurczewską-Swensson w Szwecji, Bartosza Dudka w Niemczech, dwóch korespondentów w Stanach Zjednoczonych, w Moskwie, w Brukseli. W Holandii była Alina Dragan związana z projektem „Coca-Cola is the music live”, który też był obecny na naszej antenie. To było coś niezwykłego, bo byliśmy stacją lokalną, gdzie ta lokalność była istotnym elementem programu, a jednocześnie byliśmy obecni w Europie i na całym świecie. Dosłownie. To była świetna szkoła dziennikarstwa.

 

Jacek Tarnowski

 

Rozgłośnia publiczna nie robiła właściwie żadnych kampanii promocyjnych, no bo po co ? Jak była jedna gazeta, jedna rozgłośnia, jedna telewizja, no to nie trzeba było zachęcać ludzi, a jeszcze żeby konkurować z kimś ?...to już w ogóle nikomu do głowy nie przychodziło.  A my od początku mieliśmy znakomity zespół ludzi; Jarek Klik, mój brat Tomek, Agnieszka Starak, można by wymieniać… To był zespół, praktycznie równie liczny jak zespół radia, który wymyślał różne koncepcje, a one przekładały się na ten zupełnie niebywały sukces wizerunkowy radia. Sukcesy radia mierzone wysoką słuchalnością w regionie i nagrodami na festiwalach reklamy, czy rozgłośni radiowych były również efektem działań Agencji. Jarek stworzył znakomity zespół kreatywny i część reklamodawców przychodziła dlatego, by właśnie ta, a nie inna agencja zrealizowała reklamę.

 

Zespół marketingowo-handlowy zdobywał klientów i partnerów do wspólnych  promocji podczas wielu wydarzeń. Agencja np. zorganizowała, lub była promotorem około 40 dużych koncertów. Realizowała przez kilka sezonów, samofinansującą się akcję letnią, która pozwoliła dotrzeć Żółtym Busem Radia PLUS do wielu mniejszych ośrodków w regionie. Ten zespół tworzył, a w zasadzie uczył ludzi od zera, Tomek, po międzynarodowych szkołach marketingu, wyciągnięty przeze mnie z pracy w międzynarodowej grupie Danone. Potrafił on zorganizować bardzo skuteczny model zarabiania pieniędzy przez radio, który stał się wzorcem dla innych rozgłośni w Polsce. Agencja wykształciła wiele osób, które później doskonale radziły sobie poza nią, rozwijając kariery na wysokich stanowiskach w mediach ogólnopolskich, również telewizji, międzynarodowych agencjach reklamowych, czy działach marketingu.

 

Jacek Rusiecki

 

Myśmy tak naprawdę raczkowali, jeśli chodzi o nowoczesne formy marketingowe. Dzięki staraniom Tomka i Jarka Klika powstały jakieś tablice informacyjne. A najśmieszniejsze jest to, że logo Radia PLUS było dziełem człowieka, którego w ogóle byśmy nie posądzali o takie zdolności graficzne, to znaczy Jacka Tarnowskiego. Skonstruował to gdzieś na komputerze. Nie wiem dokładnie jak to zrobił, w każdym bądź razie on jest autorem naszego logo. Stworzyliśmy też korporację taksówkową Taxi Plus. To wymyślił jak zwykle Jarek. Przyprowadził do nas kilku taksówkarzy i powiedział, że oni chcą nas reklamować. Powiedzieliśmy, że nie możemy im płacić, więc pojawił się pomysł, że zbudujemy taką nietypową korporację, bo to nie była korporacja komercyjna, tylko spółdzielnia, w której my – jako radio - byliśmy członkami. Taksówkarze zbudowali korporację, powstał statut, w którym mieliśmy silne prawa, oni przyjęli naszą nazwę i reklamowali nas, ale myślę, że oni też w tamtym czasie dużo na tym zyskali.

 

Jacek Tarnowski

 

Strzałem w dziesiątkę  było również zatrudnienie aktorów Teatru Muzycznego, którzy nagrywali jingle, autoreklamy radia, które były czymś niesamowitym. Jeden z tych jingli wygrał potem prestiżowy, ogólnopolski i międzynarodowy konkurs reklamy, w kolejnym roku 10 najlepszych reklam radiowych w Polsce, z 300 nadesłanych do konkursu, było produkcji naszej agencji, a także przez 2 lata z rzędu zdobywaliśmy laury za najlepsze jingle programu, pokonując rozgłośnie ogólnopolskie i blisko 60 innych stacji lokalnych. Wówczas na rynku było ok. 180 stacji radiowych i tylko najlepsze konkurowały na festiwalach branżowych. To były 20-sekundowe cudeńka, artystyczne dzieła, które nagrywali artyści Trójmiasta, z Teatru Muzycznego i Teatru Wybrzeże. Był też genialny Igor Budaj, w którego studio wszystkie reklamy powstawały. Przyjechał z Białorusi do Polski z żoną i synem, otworzył studio niedaleko naszego radia i do dzisiaj jest bardzo renomowanym realizatorem dźwięku.

 

Adam Hlebowicz

 

Jako dziennikarze prowadziliśmy wówczas bogate życie towarzyskie. Pamiętam na przykład narodziny mojej córki w październiku 1993 roku, która teraz będzie już wkrótce wychodzić za mąż. Mieszkaliśmy pod Gdańskiem w mieszkaniu służbowym i zrobiliśmy sobie taki męski wieczór, a rano przyjechał do nas tata Marka Lesińskiego, żeby odebrać i rozwieźć po domach uczestników zabawy. Takich imprez było wtedy pełno. Jakieś grillowanie, dzik, impreza gdzieś na działkach, graliśmy też dużo w piłkę. Wymiar tego życia poza radiowego był niezwykły. Bez przerwy coś się działo, zaproszenia, imprezy, spotkania. To się przekładało także na nasze pomysły antenowe. Zależało nam na tym, aby wyciągnąć również naszych słuchaczy z domów, zaprosić do wspólnej zabawy, do pomocy innym ludziom. Akcja Przygoda to było hasło: wyjdźcie z domów, spotkajmy się, zróbmy coś wspólnie, będzie na pewno fajnie. Po okresie komunizmu, gdzie ludzie przyzwyczajeni byli spędzać większość czasu w domu, a przyczynił się do tego wydatnie stan wojenny i godzina milicyjna, była to zupełnie nowa propozycja, dość prekursorska jak na ówczesny czas.

 

Jacek Tarnowski

 

Zawsze chcieliśmy, żeby informacja pochodziła bezpośrednio z miejsca zdarzenia. Na początku naszej przygody z radiem nie było telefonów komórkowych, łączności satelitarnej. Chyba dopiero w 1993 pojawiły się takie wielkie Motorole, które nazywaliśmy kaloryferami. To były ciężkie urządzenia. Każdy z reporterów chciał mieć coś takiego. To wszystko też nas bardzo dużo kosztowało. Mieliśmy korespondenta w Moskwie, korespondenta w Rzymie, którym był Dominik Morawski, fantastyczny dziennikarz, który zawsze przekazywał ciekawostki ze Stolicy Apostolskiej. W 1993 roku zaczęły pojawiać się duże bilbordy, jako nowy nośnik reklamy. Tego wcześniej w ogóle nie było. Prawie dwa lata działaliśmy na rynku bez większej konkurencji. Jedyną konkurencją była telewizja i radio publiczne oraz lokalne gazety. Ale potem pojawiła się telewizja Polsat, pojawiły się właśnie duże bilbordy i odczuliśmy to dramatycznie finansowo.

 

Adam Hlebowicz

 

Radio było bardzo dynamiczne, ale też wiele działo się wokół nas. Upadł komunizm, upadł berliński mur, nastały nowe czasy, które warto było obserwować i opisywać językiem radiowym. Zresztą, takie były też ambicje Jacka Rusieckiego jako redaktora naczelnego stacji. Nieco inaczej podchodził do tego Jacek Tarnowski, który liczył pieniądze i raczej narzekał na to, że za dużo kasy przeznaczamy na program. Pamiętam, jak organizowałem dyskusje ideowe z ludźmi z całej Polski, głównie oczywiście z Warszawy i Krakowa, m. in. ze środowiska „Arcanów”, KAI, „Tygodnika Powszechnego”. Zapraszałem te osoby do Gdańska, Plus za to płacił i organizował debaty, mimo, że nie były to dyskusje w radiu, tylko publiczne, poświęcone bieżącym tematom. Były przynajmniej trzy takie debaty, ale potem skończyły się, bo Jacek Tarnowski protestował, że za dużo nas kosztują. Zresztą może miał rację, bo zaczęły się już lata lekkiego kryzysu i trzeba było dokładniej przeliczać kasę, a my rzucaliśmy się wtedy na wszystko. Chcieliśmy jeździć za granicę, obsługiwać wydarzenia, mieć świetne radio lokalne, które pilnuje rzeczy na miejscu, jest mobilne, bije na głowę Radio Gdańsk, ma reporterów, którzy potrafią wszędzie wejść i zadać pytanie. Radio Gdańsk miało wtedy dość stary zespół dziennikarski i nie potrafiło szybko i na czas reagować na bieżące wydarzenia.

 

Jacek Rusiecki

 

Na pewno udało się zbudować to, że ludzie mieli bieżące informacje. Mogli słuchać co dzieje się w mieście, bo było to fajne, lokalne radio, które pokazywało życie Trójmiasta,  a z czasem wyszło też poza Trójmiasto. Kiedy zmieniliśmy częstotliwość na nową, z wyższego pasma, to wówczas zwiększył się nam też zasięg, bo ten nowy nadajnik, miał już nie 1 kilowat mocy, tylko 10. W związku z tym nasz zasięg zwiększył się do 100-120 kilometrów i pojawiły się zupełnie nowe ośrodki. Udało nam się stamtąd pozyskać nowych korespondentów. Postawiliśmy na ten model, że prowadzenie programu jest jednocześnie jego realizacją. Człowiek, który pilnuje konsolety i jednocześnie mówi do ludzi i puszcza tę muzykę. Tylko czasami była interakcja z kimś, kto siedzi przy mikrofonie robiąc jakąś audycję, czy prowadząc rozmowę, czy też nadając serwis informacyjny, bądź opowiadając o jakimś wydarzeniu. Reporterzy czasami przyjeżdżali do radia i opowiadali swoimi słowami, a dodatkowo wzbogacali relację tym, co udało im się nagrać na miejscu zdarzenia. Była na przykład audycja „Dwie Kury na pazury”, którą prowadził Wiesiek Walendziak, a jego rozmówcami byli Jacek i Jarosław Kurscy. Niestety, była dość krótko na antenie, bo akurat było to w takim dość dziwnym czasie, kiedy nie było między braćmi dużo kontrowersji. Jarek był wtedy po napisaniu książki o Lechu Wałęsie, w której poddał bardzo głębokiej krytyce Wałęsę, a Jacek Kurski podzielał ten pogląd brata i tak nie za bardzo iskrzyło wtedy między nimi. Pewnie, gdybyśmy ich zderzyli trochę później, albo dzisiaj, to byłoby już zupełnie inaczej.

 

Piotr Semka

 

„Dwie Kury na pazury”? To akurat była próba zasypania tego narastającego rozdziału poprzez zamienienie go w taką wartość dodaną. Raczej nieudana, bo na antenie Jarek Kurski był powolny, ważący słowa, nadęty i to powodowało, że program nie miał właściwej dynamiki. Jacek był tam błyskotliwym szermierzem słowa, a Jarek takim nudziarzem, który powtarzał aktualności Gazety Wyborczej.  A to nie były już takie niewinne czasy, jak na początku 1991 roku, kiedy jeszcze zakładano, że te różnice pomiędzy obozem - nazywanym dzisiaj - obozem III RP, a prawicą są niewinne i uda się je pogodzić. Ta niewinność skończyła się w noc czerwcową. W tym sensie mój dzisiejszy konflikt np. z Pawłem Machcewiczem o Muzeum II Wojny Światowej jest owocem tamtego sporu, pewnej wizji historii, pewnego myślenia o przyszłości Polski, o to tym jaka ona ma być. Ja pamiętam tamte czasy jako okres bardzo intensywnej pracy, codziennie nadawałem do radia po pięć, sześć relacji, jednocześnie pracowałem nad książką „Lewy czerwcowy”.  Jacek Kurski wówczas  jeszcze wahał się pomiędzy dziennikarstwem, a polityką, choć mój nos mówił mi, że on pójdzie jednak do polityki. Aczkolwiek w jakimś sensie zawsze był dziennikarzem.

 

Jacek Rusiecki

 

Były też programy na naszej antenie, które odbiły się echem ogólnokrajowym, na przykład ataki na Lecha Wałęsę po zaproszeniu Ingi Rosińskiej  i Pawła Rabieja z ich książką „Kim Pan jest Panie Wachowski?”, czy też audycje z udziałem Rafała Kasprowa i Jacka Łęskiego, autorów tekstu o Kwaśniewskim i Ałganowie. Wtedy szły interwencje z Pałacu Prezydenckiego do arcybiskupa. Potem czasami podczas spotkania mówił mi ”Wie pan…, atakują mnie tutaj…, czy pan musi tak…?” Lech Wałęsa mieszkał w Gdańsku i też słuchał tego, albo mu donoszono. Zresztą, nigdy nie zamykaliśmy się przed różnymi ludźmi i - co było charakterystyczne - to na naszej antenie często występował Antoni Macierewicz i Jarosław Kaczyński, gdy byli w Gdańsku. To byli ludzie, którzy mieli knebel założony na usta niemal we wszystkich innych mediach, my czegoś takiego nie stosowaliśmy.

 

Adam Hlebowicz

 

Z radia RMI w Poznaniu przyjechał do nas Robert Kozyra. Ściągnął go Jacek Rusiecki. To był już taki etap, że stać nas było na ściągnięcie managera, który miał bardzo dobre referencje, po to żeby pokierował naszym radiem. Były pewne obawy ze strony zespołu, że będzie wycinał ludzi, że zlikwiduje ambitną publicystykę, że to będzie koniec dawnego Plusa, ale nic takiego się w sumie nie stało. To była specyficzna przygoda Kozyry, który chyba w tym czasie prowadził już jakieś rozmowy z Radiem Zet. Był u nas ze trzy miesiące. Spodziewaliśmy się managera, który wniesie nowy rys do radia, a on był taki raczej zdystansowany, coś poopowiadał, coś tam skorygował, ale nie za wiele. Spodziewaliśmy się też, że Robert weźmie nas ostro do galopu, ale tak się nie stało. I gdy potem ogłosił, że przechodzi do Radia Zet, to Jacek na pewno mógł poczuć rozczarowanie, że z tego ambitnego projektu w gruncie rzeczy nic nie wyszło.

 

Krzysztof Niedałtowski

 

Zapamiętałem też takie doświadczenie, trochę reporterskie, kiedy spędziłem sylwestra w więzieniu. Poszedłem do aresztu na Kurkowej, umówiłem się z naczelnikiem, że wezmę mikrofon i on wydelegował mi na spotkanie chyba z ośmiu osadzonych. Pamiętam, że zamykało się za mną chyba 13-ścioro metalowych drzwi, zanim doszedłem do tego miejsca, gdzie miało się odbyć spotkanie. Oczywiście wszystko to nagrywałem, ktoś to potem ciekawie zmontował i była to rozmowa z więźniami, którzy w ten szczególny dzień, w sylwestra, dzielili się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami. Smutnym wnioskiem z tej rozmowy było uświadomienie sobie, że ich wyjście z więzienia wcale nie ułatwi im życia, bo wychodzą oni bez żadnego zabezpieczenia, praktycznie często bez możliwości powrotu do własnych mieszkań, które już gdzieś tam przepadły, bez rodziny nawet, która nie czekała już dłużej. I w zasadzie wpadają w ręce tego samego środowiska, z którego wychodzili. 

 

Z tego doświadczenia powstała potem myśl, która zaowocowała utworzeniem Stowarzyszenia Pomocy Osobom Wychodzącym na Wolność Emaus, które zajęło się właśnie wychodzącymi z więzienia osadzonymi, którzy mają zamiar wrócić do normalnego życia. Finał tego nagrania był dość widowiskowy, choć trudno mówić o widowiskowości w radiu. Naczelnik powiedział mi, że po 23.00 muszę opuścić mury więzienia, albo pozostać do szóstej rano, o czym wcześniej nie wiedziałem. Bo tradycją w areszcie na sylwestra jest taki pozorowany bunt, który polega na tym, że więźniowie walą wszystkim co mają w metalowe kraty i robią straszliwy hałas. Wykrzykują też obelgi na wszystkich: od rządzących państwem, po rządzących więzieniem i to jest ich Sylwester. Ja zdecydowałem się wyjść na zewnątrz, ale stanąłem za murem i było to bardzo specyficzne doświadczenie, bo z jednej strony słyszałem obelgi, walenie metalem o metal, ujadanie psów, a z drugiej strony sylwestrowe szaleństwo miasta z fajerwerkami, sztucznymi ogniami. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że takie rzeczy dzieją się za murami więzienia i w takiej bliskości centrum miasta. Dowiedziałem się dzięki temu, że pracowałem w radiu i miałem możliwość wejść do środka jako ksiądz reporter. Potem, ta audycja zmontowana przez moich kolegów cieszyła się dużym zainteresowaniem.

 

<< Wróć do strony głównej

17 lutego 2018

Słodko-Gorzka Historia Pewnego Radia

&

 

Radio Plus

&

 

Katolicka Rozgłośnia Archidiecezji Gdańskiej

 

Created with WebWave CMS